Spieszmy się kochać braciszków (i siostrzyczki)


 

Juljuszek był najmłodszy i najstarszy. Wprowadził się do nas latem. Pod sam koniec lata. Przez długi czas go nie widywałem za często. Ale słychać to go było. Miał głos. I charyzmę. Nikogo się nie bał. Respektowałem go. I cała gang też.

 

Szósty – nikt nie miał nic przeciwko niemu. A i on nie za bardzo. Raz, czy dwa dostałem łapką. Bez agresji. Raczej kontrolnie. Każdy ustala własne granice.

 


Czasami mu wyjadałem jedzenie. Trochę się irytował. Chyba, że już nie miał na to ochoty. Tego leczniczego żarcia, znaczy się, nie jadłem. Raz spróbowałem. Racje miał Juljusz, że nie dobre. Wszystko co dla zdrowia, jakieś takie paskudne. Rodzice mówią, że trzeba. Nie byliśmy co do tego przekonani.

 

Juljusz był spoko. Nigdy go nie przeganiałem. No może raz, nim się wprowadził. Próbował przejść przez ogrodzenie, a ja nie wiedziałem, czy rodzice pozwalają. Potem, jak z nami zamieszkał, to już nigdy. Bo on doby kot, a ja dobry pies.

 

Snuliśmy plany podziału władzy. Między trójkę, albo czwórkę, bo nie wiadomo jak tam z siostrą (trudny temat), mieliśmy dzielić wpływy. Nabierał już masy. Nabierał siły. Pierwszy był na śniadaniu i kolacji. Wyjadał najlepsze kawałki mięsa.  Pozwalałem, bo chory, bo musi nabrać sił. A i tak starczy dla wszystkich. Zresztą, kto by go odgonił.

 

Jednym okiem ogarniał wszystko. Zmierzwiona czupryna i zawadiacka mina. A jak coś, to rzucił taką wiązankę, że szło w łapki.

 

Przeżył wiele. Nie chciał o tym opowiadać. Liczyło się dla niego tu i teraz. Że dobra miejscówka; że żarcie (raczej) nie najgorsze; że dbają i traktują jak należy. Narzekał czasem na ograniczenia. Wszystko przez tych wetów. Potakiwałem ogonkiem, też tego nie lubiłem. Niby dla naszego dobra, ale taka kontrola to bywa irytująca.

 

Nie zdążyliśmy się dobrze dogadać. Odszedł. Szybciej niż ktokolwiek się spodziewał. Teraz jest tak cicho i pusto. Czujemy zapach... wspomnienia – jakoś sobie radzimy. Mamy ducha teraz w rodzinie.

Komentarze

Popularne posty