Bambulos Bablodorus

Historia
braciszka jest nam nieznana. Wiemy niewiele o jego życiu sprzed bidula. On sam
też jakby nie pamięta, a może, po prostu, jeszcze o tym mówić nie chce.
Wszystko to spekulacje. To, co czasami wyczytuję z jego smutnych oczu.
Porzucony?
Wygnany? Zagubiony? Co sprawiło, że Bambulos znalazł się sam, bez rodziny, bez
schronienia? Dlaczego ten aż nazbyt przyjazny i naiwnie ufny, skory do
pieszczot i zabawy Bablodorus został skazany na tułaczkę po niebezpiecznym
świecie? Próbuję się tego dowiedzieć. Pytam się go, co takiego odwalił –
podwędził kurczaka na niedzielny obiad? Wykopał dziurę w nowym wypoczynku
zakupionym na raty? Braciszek słucha, wzdycha i chowa się w swoim pokoiku. Układa
pyszczek na łapkach i spogląda gdzieś w dal.
Rodzice
opowiadają, że Bambulos włóczył się po wiosce w towarzystwie małej suczki,
która broniła go przed światem. Miałeś szczęście, mówię mu. Małe pieski są
najstraszniejsze i najwaleczniejsze. Zwłaszcza Chihuahua’owie. Z taką ochroną
to nic straszne nie jest.
Braciszek
znowu wzdycha. Nie lubi wspominać. Tak jakby wszystko chciał zostawić za sobą. Widzę
jednak, że coś go dręczy. Nawiedza czasem w snach. Coś, co sprawia, że nagle
spuszcza ogonek i chowa się w swoim pokoiku.
Pogadajmy
bracie, mówię mu. Będzie ci lepiej.
Mówię
mu tak, bo i mnie ciekawi. Gdzie był, co widział i kim jest, skąd pochodzi.
On
jednak zachowuje się jakby nie wierzył, że jestem w stanie zrozumieć. A ja
przecież jestem empatycznym pieskiem. Terapeutycznym. No, dobrze, może i nie
zawsze nadajemy na tych samych falach i to, co dla mnie jest tragedią jemu
wydaje się śmieszne, ale przecież zawsze pogadać można.
Tymczasem,
Bambulos znowu się chowa. Leży, patrzy w dal smutnymi oczami, wzdycha…
Potem
przychodzi. Radosny, niczym szczeniak. Trochę mnie to dziwi. Jesteśmy przecież
już poważnymi psami, w kwiecie wieku, dojrzałymi, a nie jakimiś młodymi
oszołomami. Chociaż, trochę poszaleć chyba jeszcze przystoi. Tak odrobinę,
pobiegać razem, wykopać jakieś dziurki, wyrwać krzaczka… No, w sumie, czemu
nie.
Dziwi
mnie to z innego powodu jeszcze. Tak jakbym miał dwóch braciszków. Jeden to
melancholijny smutas, walczący z demonami z przeszłości, skrywający tajemnice i
dręczony dziwnymi lękami; drugi, to beztroski, przyjazny, radosny piesek, bez
przeszłości.
Nie
wiem, czy jest sens drążyć kim był i skąd pochodzi, jakie są jego losy. Rodzice
czasami spekulują, próbując coś wywnioskować z jego zachowania. Możliwe, że po
prostu trzeba czekać, aż się odrodzi. Aż to co było rozpłynie się, ulegnie
zapomnieniu. Bo teraz to już przecież nie ma znaczenia. Jeżeli rzeczywiście
zawinął kurczaka na niedzielny obiad, to przecież dawno go zjadł. No chyba, że
gdzieś zakopał…
Żal zwierząt, które wiodą samotnie tułaczkę i walczą o każdy kęs.
OdpowiedzUsuńStrasznie mi szkoda takich porzuconych psiakóq, sama też jednego przygarnęłam prosto z ulicy. Najważniejsze, że w końcu znalazły swój nowy dom.
OdpowiedzUsuń